Z pamiętnika kierowcy rajdowego - XI Rajd Niepodległości w Białymstoku
Autor: Gober | listopad 14, 2002 | 9:57Opublikowane jako: Felietony, Newsy, Rajdy, Z pamiętnika
Z pamiętnika kierowcy rajdowego cz. 1
XI Rajd Niepodległości w Białymstoku
Dzień 11 listopada to dla zawodników startujących w rajdach rangi Mistrzostw Okręgu PZM Białystok nie tylko obchody Święta Niepodległości, ten dzień oznacza też ostatnią możliwość sięgnięcia po punkty w klasyfikacji mistrzostw i zakończenia sezonu z tytułem mistrzowskim. Po nim pozostanie już tylko jeden rajd w tym sezonie, Rajd Barbórki, nie zaliczany jednak do klasyfikacji mistrzostw okręgu i będący raczej imprezą stojącą pod znakiem spotkania towarzyskiego niż nazwijmy to “bezwzględnej walki”. Niemniej artykulik ten miał być moim spojrzeniem na to co działo się właśnie owego dnia 11 listopada.
Zanim jednak przejdziemy do samej walki na trasie XI Rajdu Niepodległości warto przypomnieć co mniej zorientowanym w temacie, że sezon zaczął III Rajd WOŚP i było to w połowie stycznia tego roku. Zawodnicy, którzy zamierzali zdobywać tytuły na koniec rajdowego sezonu, właśnie wtedy powinni byli zacząć zbieranie punktów. Potem były kolejne rajdy, włącznie z Rajdem Podlaskim, który był eliminacją Mistrzostw Automobilklubów i Klubów i składał się z dwóch etapów (czyli prawie jak w Rajdowych Samochodowych Mistrzostwach Polski), co w przypadku rajdów typu KJS nie bywa zbyt częstą praktyką.Po drodze zawodnicy zaliczali także kolejne rajdy w Łomży, Suwałkach, Ełku.
Wstępniak nieco przydługi ale może wyjaśnił o co w tym całym zamieszaniu chodzi. Teraz będzie trochę bardziej na temat, czyli moje spojrzenie na walkę z fotela kierowcy rajdowego bolidu, do jakich z całą pewnością zalicza się moje czarne Cinquecento 900 (-: (uważni kibice mogą spotkać nawet 68-mio konne, rajdowe Cinquecento 900 Abarth przygotowane przez włoskie Rorally, które bywa na trasach tutejszych rajdów).
Na starcie rajdu pojawiło się około 40 załóg, co zapowiadało walkę do ostatniego milimetra bieżnika opony. Warto dodać, że ostatni raz tak liczna obsada miała miejsce blisko 3 lata temu, a więc w okresie kiedy o recesji w gospodarce mowy nawet nie było, a Hołowczyc startował regularnie w mistrzostwach świata. Blisko połowa załóg przybyła z województwa stołecznego zapewne zwabiona przypuszczeniami, że gdzie jak gdzie ale na kresach wschodnich to już zima iście syberyjska od dawna panuje. W każdym razie po moim porannym rozpoznaniu sprzętu konkurentów nie miałem co do tego wątpliwości, prawie wszyscy zaopatrzyli swe rajdowe potwory w bogato bieżnikowane ogumienie z materiału zapewniającego znacznie lepszą przyczepność na śniegu niż na suchym asfalcie i to w temperaturze przewyższającej tą, przy której zamarza woda. Ale ja sam też w tym względzie postąpiłem podobnie z tym, że na wszelki wypadek w bagażniku samochodu serwisowego czekały też szerokie “prawie slicki”, które nie ruszyły się z miejsca do końca rajdu, bo jak się później okazało trasa prób była w większości mocno zabrudzona bądź nawet pokryta błockiem pośniegowym.
Na trasę wyjechała cała batalia różnorodnych silnikowo cieniasów i sejów, według większości najlepiej nadających się do kjs-ów, subaru Impreza Turbo z zawodnikiem, którego pamiętam z oesów Mazurskich Szutrów, toyota Corolla “z historią”, katowana kiedyś przez Marcina Turskiego (obecnie startującego w Mistrzostwach Polski autami napędzanymi na dwie osie) i parę innych maszyn. W swoim czerwonym, N-kowym (no może z malutkim plusikiem) Cinquecento pojawił się także nasz mistrz Wojtek Czepiel, który w tym sezonie zdobył tytuł Mistrza klasy N-0 PPZM, nokautując doświadczonych zawodników, startujących także znacznie mocniejszymi samochodami.
Na trasę wyruszyłem także i ja w kolejności 3 od końca, co oznaczało, że walczę w najniższej klasie. Mój cel to podłączenie się do Adama Mirona wymiatającego niemiłosiernie biało-czarno-pomarańczowym maluszkiem o mocy zapewne niewiele mniejszej od mojej 900-ki i ważącego niewiele więcej niż jej połowa. Poza tym Adam ma też bogatą historię startów w sportach motorowych, jednak mimo to wciąż nie tylko mnie zadziwia widok jego “fruwającego kaszla”. Od konkurencji dostałem też zalecenie zwrócenia szczególnej uwagi na białą 900-kę na warszawskich blachach, która miała być wyposażona w “krótką skrzynię być może zeszperowaną” i dłubany silnik. Cel jednak pozostał, walka o drugie miejsce w klasie, bo warunki pogodowe i konfiguracja prób nie wróżyła nadziei na nawiązanie walki z zawodnikami z mocniejszych klas, jak to bywa czasami na śliskich nawierzchniach.
Pierwsze próby na lotnisku “Krywlany” to dopiero rozgrzewka przed kolejnymi, których w sumie było szesnaście. Próba trzecia to plac o luźnej, betonowej nawierzchni połączony z brudną asfaltową pętlą za “ołtarzem” i świetnym, błotnistym cięciem przed szykaną łączącą obie nawierzchnie. Po lotnisku przyszedł czas na “polibudę” z charakterystyczną, dobrze trzymającą i suchą kostką polbrukową, faworyzującą szerokie i łyse gumy na niskim profilu (dokładnie takie jak te, które spokojnie sobie leżały w bagażniku “serwisówki”). Miasteczko Ruchu Drogowego to to, co miłośnicy rosnących przy samej drodze drzew lubią najbardziej, bynajmniej nie z faktu ich obecności a z oesowego jej charakteru. Szkoda tylko, że znowu nikomu nie przyszła do głowy myśl wykorzystania dużej pętli, niegdyś będącej częścią oesu Rajdu Natalii. MRD posiada na wyposażeniu nawierzchnie asfaltowe, na których zalegało błoto więc nasze “traktorowe” gumy były tu najbardziej odpowiednie. Część zawodników, która raczej posiadała ekipy serwisowe, właśnie przed tą próbą zmieniała opony z asfaltowych na zimowe, a nie jakby się mogło wydawać, z racji złapanych kapci. Duży, betonowy plac pod dawnym LAVO (sponsorowało kiedyś Damiana Jurczaka w walce o tytuł Mistrza Polski Pucharu Cinquecento, o ile się nie mylę był to rok 1997) to następna próba na trasie rajdu, lubiana w większości za luźną nawierzchnię, na której można pojeździć bokami. Ostatnia próba w każdej z dwóch pętli to rozległy parking przy Elektrociepłowni Białystok. Nawierzchnia z kostki polbrukowej z resztkami śniegu, jednak preferowane ogumienie typu letniego z uwagi na dobrą przyczepność.
Kolejna pętla wyglądała identycznie jak pierwsza, co jest częstą praktyką i ma na celu zoptymalizowanie toru jazdy i poprawienie czasu pierwszego przejazdu przy znanej już trasie próby. Po czterech próbach na lotnisku wszyscy zaliczali “polibudę” a po niej “miasteczko”. Tu przy chwili wolnego czasu zasięgnąłem informacji o konkurencji od konkurencji (tak tak i to tej samej konkurencji, walka walką a atmosfera, jak to na rajdzie przyjacielska) i okazało się, że Adam (ten od biało-czarno-pomarańczowego malucha) zaliczył limit (pomylona trasa przejazdu próby) przy elektrociepłowni. Dla mnie oznaczało to, że dopóki mam czyste konto, powinienem być przed nim w klasyfikacji na mecie rajdu. Wniosek jasny - zwolnić tempo tak, aby nie złapać limitu i dojechać bez przygód do mety. Stajemy na starcie do próby i po odliczeniu czasu przez sędziego ruszamy. Jest jeszcze widno i można ostro cisnąć, stawiając samochód bokiem w zakrętach, ale tak żeby przypadkiem nie uszkodzić jakiegoś drzewa albo słupa (bo samochód łatwiej odbudować). Mijamy lewy, długi łuk zaraz po starcie, który przechodzi w wąską dróżkę skręcając w lewo a potem zaraz w prawo. Niestety jak się okazało, było zbyt szybko i zbyt ślisko i polecieliśmy sobie poślizgiem nieco mniej kontrolowanym niż zwykle, zatrzymując się tyłem do kierunku jazdy, prawie na drzewie i w dodatku jeszcze zdechł nam silnik. Oczywiście, jak to zwykle w takich przypadkach bywa, uruchomienie silnika nie było już takie łatwe i dopiero za trzecim razem udaje się go odpalić. Adrenalina i świadomość uciekających sekund dodała woli walki i chęci poprawienia czasu przejazdu reszty próby. Jedziemy dalej i po końcowym “1-wszy lewy do 1-wszy prawy, lewy i do mety”, tym samym zakręcie, na którym przeholowałem znowu jest za szybko i wpadamy bokiem w zakręt odbijając się tuż przy samym betonowym słupie od krawężnika, który ratuje i nas i naszą rajdówkę. Na mecie próby okazuje się, że straciliśmy ok 13-15 sekund w stosunku do pierwszego przejazdu, a więc jeszcze do przyjęcia. Potem zaliczamy jeszcze bez przygód LAVO i Elektrociepłownię i jesteśmy na mecie.
Po wywieszeniu nieoficjalnych wyników pierwszej pętli okazuje się, że jesteśmy na 1 miejscu w klasie i 3 w klasyfikacji generalnej rajdu, wyprzedzając całą stawkę dużo mocniejszych samochodów i ustępując drugiego miejsca zaledwie o 1 sekundę. Końcowe wyniki oficjalne (a więc po dwóch pętlach) potwierdziły to, w co nie za bardzo mogłem uwierzyć i okazało się, że zaledwie jedna sekunda dzieliła nas przed spadkiem na 4 miejsce w “generalce” z racji przygody w “miasteczku”. No a potem były puchary i nagrody i już czekamy na kolejny rajd, tym razem mam nadzieję na śniegu.
Jeżeli macie jakieś pytania dotyczące rajdów proszę o kontakt poprzez e-mail.
Piotr Semenczuk kierowca załogi Semenczuk/Semenczuk
piotr.semenczuk@wp.pl
kliknij TUTAJ żeby zobaczyć wszystkie zdjęcia z rajdu
|


Brak komentarzy »
Nikt tego jeszcze nie skomentował.
Kanał RSS dla tego wpisu. TrackBack URI
Dodaj komentarz