Moje Auto - Trabant 601
Autor: szary11 | luty 23, 2003 | 18:12Opublikowane jako: Felietony, Moje Auto
Moje Auto Part 6: TRABANT 601
Moja przygoda z Trabancikami rozpoczęła się wiosną 2001 roku. Wówczas to napatrzyłem się na zdjęcia zamieszczonych w internecie „gablot”, które tak mocno zadziałały na mnie, że nie mogłem powstrzymać się od pokusy posiadania takiego auta. Początkowo szukałem ogłoszeń w gazetach (niestety nie było ich za wiele), później wypytywałem znajomych, czy nie znają kogoś kto chciałby sprzedać taką limuzynkę. W połowie wakacji dowiedziałem się, że jest osoba która posiada Trabanta i chce się go pozbyć. Po otrzymaniu namiarów następnego dnia udałem się obejrzeć autko.
Samochód był dość stary – pochodził z 1976 roku, wówczas już stał bezczynnie w stodole ponad 3 lata. Nadwozie typu sedan wyglądem budziło mieszane uczucia – zakurzony, zmatowiały lakier, koła „na kapciach”, zamki dzielnie broniły się przed otwarciem. Po sforsowaniu rygielków (trochę WD’ka i odpuściły) ukazało się całkiem ładnie zachowane wnętrze. Boczki drzwi, fotele (poza zapachem siana) były w niezłym stanie. Właściciel przekonywał, że silnik powinien być w dobrej kondycji po regulacji zapłonu i przejrzeniu elektryki. Ceną za te „cacko” był banknocik o nominale 100zł.
Wygląd i koszt zachęcały do kupna. Jednak by samochód nadawał się do codziennej eksploatacji było by trzeba włożyć niemało pracy i pieniędzy (przerobienie instalacji elektrycznej z 6 na 12V, akumulator, lakierowanie nadwozia dla dodania atrakcyjności, odświeżenie i unowocześnienie wnętrza, 2 opony, jakieś kołpaczki, znaczki, dodatki poprawiające funkcjonalność i radość z jazdy jak radio, gniazdo zapalniczki, uchwyty…).
Po dniu przemyśleń postanowiłem nabyć owe auto. Jednak nie miał być to pojazd do codziennej jazdy, ale miał on służyć częściami do drugiego trabanta jakiego jeszcze miałem sobie znaleźć. Ale fakt, że nie mogłem wyszukać rozsądnego egzemplarza sprawiło, iż powoli zacząłem restaurować swój nabytek. Zdjąłem z niego poszycie zewnętrzne, zdemontowałem wnętrze, rozebrałem instalacje elektryczną. Nadkola i podłoga bagażnika wzmacniałem wstawkami żeliwnymi. Wszędzie gdzie masą uszczelniającą był kit zamieniłem na silikon. Z czasem gdy przeglądało się poszczególne elementy samochodu wynajdywało się coraz to nowsze bolączki samochodu. To tulejki metalowo – gumowe były powybijane, to łożyska huczały, hamulce nie dawały pewności zatrzymywania… Wszystko było trzeba wymieniać. Części kupowałem przede wszystkim na szrotach (w sklepach albo nie było w danej chwili i było trzeba czekać na sprowadzenie długie tygodnie, albo elementy pochodziły od nowszych modeli, których nie dawało się wstawić do mojego dziadka).
Takim sposobem po ponad pół roku własnej pracy i wyłożeniu ok. 2500zł (razem z rejestracją) doprowadziłem samochód do stanu używalności. Nastał czas jazdy. Wrażenia po przejeżdżaniu kolejnych kilometrów były wyjątkowe. Samochód był inny niż wszystkie… Jego prowadzenie, kierowalność, sposób w jaki trzymał on się drogi były zaskakujące. Dla mnie maluch nie jest samochodem godnym do porównania go z Trabantem (bez urazy właścicielom fiacików). Ilość miejsca wewnątrz w stosunku do wymiarów zewnętrznych jest zaskakująca. Z przodu nie będą narzekać osoby nawet o wzroście ponad 180 cm (sam należę do takich ludzi), z tyłu natomiast będzie zawsze brakowało miejsca na nogi. Bagażnik ma dużą pojemność (415 litrów), jednak dostęp do niego i wykorzystanie ogranicza wąski otwór ładunkowy.
Silniczek jest dwusuwowy, dwucylindrowy, o pojemności 594 ccm zasilany mieszanką paliwowo – olejową w stosunki 50:1. Wykrzesano z niego 26 KM i 54 Nm momentu obrotowego. Napęd przenoszony jest na koła przednie poprzez 4 stopniową, mechaniczną skrzynię biegów, obsługiwaną drążkiem przy kierownicy (niemal jak amerykański automat
). Koła są 13 calowe, opony 145 na 70. Hamulce wszystkie bębnowe. Zawieszenie to niezależne wahacze, resorowane poprzecznymi resorami piórowymi z amortyzatorami teleskopowymi olejowymi. Zbiornik paliwa umieszczony jest pod maską silnika, ma pojemność 24 litrów, ilość paliwa sprawdza się plastikowa miarką z podziałką. Dopływa paliwa do gaźnika odbywa się tak jak w motocyklach – grawitacyjnie. Odcięcie również jest jak w motocyklu – pod bakiem znajduje się kranik obsługiwany z wnętrza pojazdu. Jeśli ktoś o nim zapomni daleko nie zajedzie – działanie niemal jak współczesnego immobilaizera ;).
Trabancik w sumie nie jest zbyt ciężkim autkiem. Waży nieco ponad 600 kg. Jednak jakby poszycie było metalowe to masa by była znacznie wyższa. Ładowność producent ustalił na 395 kg. Osiągi samochodu przez samą moc nie mogą być nadzwyczajne. Swojego udało mi się rozpędzić do 110 km/h. Do 90 w miarę chętnie przyśpiesza, później trzeba go już „bujać”. Co do ruszania spod świateł to tym czymś można zaszpanować. Prędkość 40-50 dość szybko można uzyskać, a do tego przy odrobinie wprawy usłyszeć nawet pisk opon.
Zużycie paliwa jest tu bardzo zróżnicowane i raczej jest to wadą samochodu. Najlepszym wynikiem jaki udało mi się uzyskać to ok. 5 l/100km (jazda w trasie przy prędkości 50 km/h). Stopniowe zwiększanie prędkości szybko podnosi apetyt na pochłanianie mieszanki. Przy normalnej eksploatacji samochodzik zużywa 7-8 litrów (przy temp. powietrza ponad 5 stopni) i 8-10 w zależności jak długo silnik musi pracować na ssaniu w mroźne dnie, bez zależności, czy jeździłem po mieście czy w trasie. Przy dokręcaniu silnika do końca na każdym biegu motorek potrafił „zasiorbnąć” nawet ponad 14 litrów. Jak widać wrażliwość jednostki napędowej na styl jazdy jest bardzo duża.
Co ciekawe jeszcze w tym autku to system ogrzewania. Ciepło pobierane jest z pierwszego tłumika. Zbudowany jest on z dwóch warstw blachy (wewnętrzna oddziela spaliny od powietrza wdmuchiwanego poprzez wiatrak chłodzący cylindry), a następnie poprzez filtr i gumowe rury tak ogrzane powietrze wpływa do środka samochodu. O ile tłumik ten nie jest uszkodzony nie ma obawy zatrucia się spalinami. Co prawda wydajność tego ogrzewania jest bardzo niska, jednak nawet w bardzo mroźny dzień przednia szyba pozostanie przejrzystą. A do tego można mieć pewność, że samochód zawsze odpala. Przy mrozie ponad 25 stopni poniżej zera nie musiałem czekać na zaskoczenie silnika dłużej niż 5 sekund. Nie używałem przy tym ani żadnego startera, ani jakichkolwiek uszlachetniaczy paliwa (a jeździłem w większości na paliwie zza wschodniej granicy).
Awaryjność całego samochodu należy ocenić dość wysoko. Po przejechaniu ponad 6000 km nie miałem żadnych szczególnych niespodzianek. Zawsze samochód dowoził mnie do celu (nie licząc sytuacji gdy rozleciał mi się przegub napędowy, który nie wytrzymał mego traktowania, no i zaniedbania konieczności zatankowania). Jeśli dba się o regulacje zapłonu, czystości świeczek silnik nie powinien odmówić posłuszeństwa.
Michał (szary11 @ interia.pl)
GG# 759986
![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() |
Pokaż swój samochód!
|










Komentarze: 14 »
Ehhh… pozostały mi po nim tylko wspomnienia
które nie umrą! 
samochodzik niczego sobie sam mam takiego trabancika i zastanawiałem sie warto go odrestałrować ale po przeczytaniu tej opowieści stwierdzam że warto.
Dla własnej frajdy napewno warto
Tu nie liczą się pieniądze, ich nigdy nie odzyskasz, ale wspomnienia będą na całe lata i one są bezcenne! 
SUPER sprzecik….. tez mam trampka, tylko ze troszke nowszego, ale silnik oczywiscie dwusówowy. zastanawialem sie czy go odrestaurowywac ale teraz jestem przekonany zeby zaczac to czym predzej robic!!! pozdrowienia wszystkim trabanciarzom
pozdro dla wszystkich trabanciarzy któży kochają te samochody i gandzie
Za każdym razem jak czytam takie teksty jestem dumny, że sam jestem posiadaczem tego kultowego autka! Pozdrawiam właściciela i zapraszam na http://www.601.pl
co to jest !!!
zajebista fyra
Ja nie pojmuje tych ludzi kturzy lubia to gowno jaki sens jest tym jezdzic bo ja nie wiem ja mam skyleina gtr-32 i dla mie to autko jest cool a nie jakies guwno rozpadajace sie
Widzisz skyline, każdy lubi to co ma lub miał. Za czasów studenckich nie było mnie stać na nic innego. Masz tego skylina, ok, autko być moze jest cool, nie wiem, dużo ludzi tego nie wie, nie rajcują mnie amerykańskie bryki aż tak. Każdy samochód ma coś w sobie. Wyobraź sobie, że trabanciki też mają “to coś”. Miesiąc temu kupiłem sobie znów tego staruszka (teraz 1978rok) i wierz mi, że jak przesiadam się ze swojego mondeo do trabika mam zajebistą frajdę z jazdy! To jest autko inne niż wszystkie i dlatego się kocha takie bryczki
szary11 nie bierz do głowy tego co pisze skylein. On ma skyline’a (nawet pisać tego nie umie), ale tylko w grze komputerowej. W rzeczywistości pewnie nie ma nawet prawa jazdy. Trabi RULEZ!
Szymon, zawsze się trafi jakiś “anty”. Więc jest ok
o trabancie
hej no super super tez mam trabancika to prawdziwe autko z dusza marka ktora naprawde pokochalem.zapraszam na strone PJ http://polskajazda.pl/index.php mozesz sie tam zalogowac dodac zdjecia i opis do traba jest tam bardzo duzo trabantow.pzdr i ciesze sie ze za jeszcze ludzie ktorzy chca ratowac takie samiochody.pzdr
Kanał RSS dla tego wpisu. TrackBack URI
Dodaj komentarz